Ziarnistość     Matryce      Mróz strona: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] Strona Główna

Szumy.

Często mylone ze zjawiskiem - ziarnistości.

Objawiają się one w postaci różnokolorowych punktów porozrzucanych nieregularnie po całej powierzchni kadru.
Przy normalnym oświetleniu niezauważalne, natomiast im ciemniej i dłuższe czasy naświetlania, tym bardziej dokuczliwe.
Im większą ustawisz czułość w aparacie, tym będzie ich więcej.
Powstają w trakcie digitalizacji analogowego sygnału wychodzącego z matrycy CCD do rejestru wyjściowego.
Im większa sama matryca, a zwłaszcza poszczególne piksele, tym zjawisko to jest mniej zauważalne.
Cóż to oznacza ?
Ano to, że jeśli twój aparat posiada matrycę o powierzchni np. 1/1,8'' i liczbę pikseli 5 mln, to jeśli producent na tej samej powierzchni upchnie 6 mln pikseli, przetwornik wygeneruje większe szumy.
Pozytywnie dobrym przykładem jest tu Contax N1 Digital, posiadający matrycę o wielkości 24x36mm o rozdzielczości "jedynie" 6,43 mln pikseli. Dzięki sporej wielkości poszczególnych pikseli, sam przetwornik generuje bardzo małe szumy, dzięki czemu czułość w tym aparacie można ustawić nawet na 1600 ASA  bez szczególnych sensacji.

Nie znajdziesz modelu cyfrówki całkowicie pozbawionego szumów. Dlatego każda firma stosuje różne metody niwelowania tego zjawiska.
Ogólnie funkcja posiada nazwę - "Noise Reduction".
Niektóre modele posiadają nawet dodatkowo opcję rozdzielnej redukcji szumów w torze barwnym i luminacji.

Zdarza się często, że modele różnej marki, posiadające przetwornik CCD od tego samego producenta, generują szumy na całkiem różnych poziomach. I wnet zaczyna się panika użytkowników tego bardziej ułomnego modelu.
A przecież jest to kwestia lepiej opracowanego oprogramowania wewnętrznego. To właśnie ono decyduje o ostrości, kontraście, kolorze no i o szumach.
 
Dobrym przykładem jest tu model Minolty serii 7.
Przy każdej modyfikacji tego modelu ( najpierw 7i, później 7Hi i teraz A1), firma szczyci się równoczesnym udoskonaleniem oprogramowania, zwanego u Minolty - "CxProcess". Firma chwali się, że polepszyła jeszcze wyżej jakość obrazu, zmniejszając jednocześnie szumy. Doprowadziło to nawet do sporej irytacji użytkowników, gdy tuż po modelu 7, ukazał się model 7i, w którym sporo w sofcie poprawiono. Aby ich ułagodzić, firma na swej stronie umieściła oprogramowanie, do samodzielnego wgrania w aparat, dzięki któremu model 7 bardzo się zbliżał do 7i.
Wszystkie te modele posiadają niezmiennie tę samą matrycę 5,24mln pikseli (efekywnych - 4,95 mln).

Co do samego 5050, nagłe pojawienie się poważnych szumów, może oznaczać błąd w oprogramowaniu (nie lekceważ tego - pędź do serwisu, a jeśli czujesz się na siłach, wgraj nowsze firmware), lub tylko wzajemne rozkalibrowanie matrycy i procesora ASIC , a wówczas pomoże użycie funkcji -"Pixel Mapping".
I pamiętaj - plotka potrafi zabijać.

Jeśli jestem mało przekonujący - proszę bardzo. Na jednej ze stron znalazłem wyniki testu na obecność szumu w
Minolcie Hi, wykonane programem Dead Pixel. Właściciel aparatu był zadowolony z wyników, twierdząc, że testował już wiele cyfrówek, i jak dotąd, te wyniki są najlepsze.
Z drżeniem serca i ja postanowiłem go wykonać.
Byłem przekonany - to nie skończy się dobrze.
W końcu mój 5050 telepie się ze mną już rok, i w upale i na siarczystym mrozie. Jeździł ze mną na rowerze, w kufrze motocykla i obijał się w plecaku, a w dodatku wyposażono go w samoniszczącą się matrycę.
 

Wykonałem po cztery zdjęcia przy każdej wartości ISO, z wyłączoną redukcją szumów, i dla porównania z włączoną.
 Oto wyniki :
- ISO 64   - 8 hotów,  Minolta takiej czułości nie posiada
- ISO 100 - 8 hotów,  Minolta - 15 hotów i 1 dead
- ISO 200 - 8 hotów,  Minolta - 21 hotów i 1 dead
- ISO 400 - 33 hoty,   Minolta - 16 hotów i 1 dead

Przy włączonej redukcji szumów, program nic nie wyłapał.
Chyba nie jest tak źle, w każdym razie Prozac  odstawiłem.
Jak widać, gdyby nie to przeklęte ziarno, można by swobodnie pstrykać do wartości ISO 200.

 Co do faktycznych wad oprogramowania firmy reagują błyskawicznie. Przykładem niech tu będzie model Sony DCS-707, którego 17 tys. sztuk zawędrowało do USA z wgranym wadliwym softem.
Blue flash syndrome - tak to nazwano, a chodziło o to, że przy robieniu zdjęć z użyciem lampy błyskowej, balans bieli doznawał fiksacji i zdjęcie wychodziło zabarwione na niebiesko. Firma podała numery seryjne wadliwych egzemplarzy, które zresztą odzyskiwały pełną sprawność po wymianie oprogramowania.

 Po cóż to piszę? Ponieważ, jeśli Twój model również zachowuje się irracjonalnie, a wiesz to na pewno po konsultacjach z innymi użytkownikami, to być może jest to tylko kwestia wgrania dobrego softu. Sama taka operacja jest po prostu prozaiczna i nie ma tu nic z magii, inna sprawa to dostępność tej usługi.

 A teraz wyobraź sobie, co się dzieje ze sprzedażą Olympusa 5060, gdyby firma ogłosiła:
"Znacznie zmodyfikowaliśmy i ulepszyliśmy oprogramowanie sterujące modelem 5050, dzięki czemu nasz najnowszy model - 5060 daje znacznie lepszą jakość zdjęć i prawie dwukrotnie niższy poziom szumów. Dbamy jednak o zadowolenie naszych klientów, i dlatego na naszych stronach internetowych jest do pobrania nowe oprogramowanie, które sprawi, iż Twój 5050 wykona zdjęcie tak samo dobrze, jak model 5060".
Zdanie to napisałem, nim pojawił
a się nowa wersja oprogramowania do 5050.
I co się okazało? Dziwnym trafem, giełdowa cena tego modelu, natychmiast poszła w górę.

  Ziarnistość.
 
Często mylona ze zjawiskiem - szumów.
Kto fotografuje analogowym aparatem, lub fotografował, wie dobrze czym jest ziarno.
Ale jak to wyjaśnić, komuś kto nie miał z tym styczności ?
Najprościej chyba tak - wyobraź sobie obraz wyświetlany na papierze ściernym. Jeśli będzie to papier tylko lekko ścierający, jego ziarna na ekranie nawet nie zauważysz, natomiast jeśli będzie to istna tarka, wtedy na ekranie zobaczysz ten sam obraz, jakby chropowaty, i właśnie ta chropowatość, nazywana jest ziarnem.

Ziarnistość, w mniejszym lub większym stopniu, jest obecna na każdym zdjęciu i rośnie wraz z czułością. Dotyczy to zarówno tradycyjnych filmów, jak i cyfrówek. Jest jednak pewna różnica - w aparacie cyfrowym im wyższa ustawiona wartość ISO, tym większe ziarno, ale i mniejsza ostrość, a więc niewesoło.

 W Olympusie 5050 z tym akurat nie jest za dobrze, przy ISO 64 - ziarno niewykrywalne, przy ISO 100 - ledwo zauważalna różnica, natomiast ISO 200, a zwłaszcza 400, najlepiej omijać szerokim łukiem, chyba, że chcesz użyć tego efektu, jako szczególnego środka wyrazu.
Jeśli wiec dziwią Cię "chropowate" zdjęcia z tego aparatu, ani chybi ISO masz ustawione na którąś z tych wyższych czułości, lub jesteś ofiarą automatyki, jeśli bowiem pracujesz w trybie programowym, wówczas w opcjach ISO pojawia się opcja "AUTO", którą jeśli uaktywnisz, aparat przy małej ilości światła, będzie przede wszystkim automatycznie podnosił czułość, pogarszając tym samym, bez Twojej wiedzy, jakość obrazu.

  Matryce

CCD (Charge Coupled Device)
- Elektroniczne Przetworniki Obrazowe stworzone pierwotnie do całkiem innych celów, a mianowicie, jako moduły pamięci. Głównym elementem komórki CCD jest kondensator typu MOS, który gromadzi ładunki elektryczne wprowadzane przez rejestr wejściowy, stając się przez to magazynem informacji. Po czasie okazało się jednak, że przetworniki te znakomicie sprawują się przy konwersji fotonów na sygnał elektryczny. Znakomicie to mało powiedziane - transfer ładunku elektrycznego w przetwornikach, tych wysokiej jakości, odbywa się praktycznie idealnie, w sposób absolutnie bezszumowy. Proces ten przebiega w strukturze krzemowej w sposób analogowy i aby został "zrozumiany" przez elektronikę aparatu musi zostać zdigitalizowany.
I tu właśnie zaczynają się schody.
Sygnał wygenerowany przez strukturę CCD trafia do tzw. rejestru wyjściowego, gdzie zostaje wzmocniony i zmieniony w strumień bitów. W rejestrze wyjściowym pracuje kondensator, który naprzemiennie ładując się i rozładowując, generuje przy okazji pewne niewielkie, przypadkowe ładunki psujące idealny sygnał pochodzący z matrycy. Zjawisko to w dużej części jest niwelowane przez zastosowanie podwójnego skorelowanego próbkowania (CDS). Jednak część szumów wydostaje się na zewnątrz, i z tymi musi się zmierzyć oprogramowanie aparatu.

 Co do rozdzielczości matrycy, to producenci stosują tu drobne oszustwo.
Parafrazując słowa piosenki, powinno się tu zaśpiewać:
  "to co się da podziel przez trzy ".
Otóż, aby matryca właściwie "zobaczyła" kolory, jej poszczególne piksele muszą być pokryte filtrami (czerwony, zielony i niebieski, w skrócie RGB), z których każdy przepuszcza tylko jedną barwę światła. W praktyce układ filtrów wygląda tak - G-R-B-G. Zielonych filtrów jest więcej, ponieważ więcej zielonego domaga się ludzkie oko.
 
Czym to filtrowanie skutkuje?

Jeśli matryca posiada 6 mln pikseli, to po nałożeniu na co trzeci piksel filtru danego koloru, na każdy kolor składowy przypada już tylko po 2 mln, i każdy obraz tak naprawdę jest jakby składową trzech jednokolorowych matryc, ułożonych jedna na drugiej.
Skąd więc, u licha ten napis na korpusie - 6 mln ?

Otóż, do akcji przystąpili programiści i zastosowano tzw. interpolację barwną.
Jak to działa ?
Oprogramowanie aparatu pobiera informację obrazową z piksela np. zielonego i następnie na podstawie informacji z sąsiednich pikseli - niebieskiego i czerwonego, "wyobraża" sobie jakby te kolory widział właśnie ten zielony piksel, stwarza jego wirtualną odmianę widzącą trzy kolory jednocześnie. W zależności od jakości oprogramowania, proces ten prowadzi do większych lub mniejszych przekłamań barwnych.
Aby temu zaradzić, niektórzy producenci z premedytacją stosują programowe rozmycie obrazu.
Z czym to się wiąże ? 
Ano może się okazać, że dany aparat ma małe szumy i ziarnistość tylko dlatego, iż "rozmydlono" mu ostrość.
 A właśnie Olympusa 5050 chwali się w różnych testach się za niezwykłą, przy tej rozdzielczości, ilość rejestrowanych szczegółów. Osobiście mogłem to docenić, oglądając zdjęcia testowe, gdzie pod tym względem, oddał on on pola jedynie Canonowi D60.

 Koszt stworzenia naprawdę sprawnego softu stanowi lwią część ceny danego modelu. Ale jak jest to ważne pokazują różne testy, gdzie porównuje się cyfrówki różnych producentów z tzw. górnej półki. Nierzadko na wstępie jest zdanie w stylu -"Wszystko wskazuje na to, iż w obu modelach zastosowano ten sam moduł CCD", a na końcu testu płyną słowa zdziwienia, jak różna ostrość, barwy, czy też - ten szumi, więc dlaczego tamten nie.

 Byłoby naiwnością sądzić, iż każdy producent do każdego modelu osobiście wytwarza nową matrycę.
Jest paru potentatów produkujących CCD i to często u nich zaopatrują się konkurencyjne firmy.
Przykłady można by mnożyć: Nikon D100 - przetwornik firmy Sony, Contax N1 Digital - przetwornik kupiony u Philipsa, w teście pięciomilionowych kompaktów klasy popularnej (Canon S50, Konica kd-500Z, Minolta F300, Olympus C-50), napisano, iż mimo różnicy w liczbie efektywnych pikseli, modele te wyposażono w tę samą matrycę (1/1,8"  5,3 mln pikseli), Kodak DCS Pro 14n - wyposażony w matrycę 13,85 mln, bynajmniej nie swojej produkcji, a zamówioną na wyłączność  w belgijskiej firmie FillFactory, która z kolei wyprodukowała ją we współpracy z izraelską firmą Tower Semiconductors.

 Co do samego Olympusa, to na targach PMA w 2001r. firma podpisała umowę z Kodakiem o współpracy na polu fotografii cyfrowej i już trzy miesiące później, przedstawiciel Olympusa zapowiedział rozpoczęcie prac nad lustrzanką z wymiennymi obiektywami, wyposażoną w kodakowski pięciomilionowy przetwornik CCD. Lustrzanka ta, jednak nie powstała, ale ukazał się E-20P.
Rok później, obie firmy zawarły porozumienie w sprawie wspólnego wprowadzenia systemu 4/3, którego pierwszym "dzieckiem" jest model E-1. Natomiast. czy inne modele Olympusa, jakie ukazały się w międzyczasie, również wyposażone są w matrycę Kodaka, tego można się jedynie domyślać, producent w tej kwestii zachowuje dyplomatyczne milczenie.

No właśnie, a ki diabeł te efektywne piksele ?

Zazwyczaj nigdy, liczba faktycznych pikseli matrycy nie pokrywa się z liczbą tych efektywnych. Często producenci, ze względów konstrukcyjnych lub też optycznych, wykorzystują tylko część obszaru CCD, pozostawiając odłogiem część obrzeżową. Nie przeszkadza im to jednak "oszukiwać" klientów.
Na korpusie mego 5050 dumnie widnieje cyfra 5.0. Takoż i w instrukcji - liczba efektywnych pikseli = 5.0mln, przy liczbie całkowitej 5.26 mln. A wystarczy przemnożyć najwyższą rozdzielczość zdjęcia  i wychodzi niecałe 4.92mln.
Bardzom ciekaw, jak Firmie Olympus udało się z działania 2560x1920 uzyskać wynik równy 5 mln. Czyżby zastosowali tu jakąś matematyczną interpolację ? A może ma tu miejsce podstawowa zasada kupiecka - ważne byś kupił, dziwić się będziesz później.

  Matryca typu Super CCD posiada odmienny (ośmiokątny) kształt poszczególnych pikseli, dzięki czemu można upchnąć ich więcej na  tej samej powierzchni, poza tym żadnej różnicy.

 Matryca typu CMOS
- inna konstrukcja i sposób działania.
Początkowo kiepska jakość obrazu, ale za to znacznie tańsza w produkcji.
Obecnie proces technologiczny jej wytwarzania znacznie ulepszono, dzięki czemu dorównała jakością CCD, chociaż i to niezupełnie prawda. Proces produkcyjny matryc CCD był zbyt drogi i producenci, w celu ograniczenia kosztów, obniżyli jakość.
Zarówno jeden, jak i drugi rodzaj matrycy, posiada tę samą, zasadniczą wadę - konieczność filtrowania barwnego i potrzebę stosowania przeskomplikowanych algorytmów obliczeniowych, powodujących, większe lub mniejsze, zafałszowania barwne, wynikające z aproksymacji wytwarzanego obrazu teoretycznego. 
Jak wielką pracę wykonuje oprogramowanie wystarczy przykład mojego 5050 - tak naprawdę widzi on pełnokolorowy świat matrycą  1,64 mln, pozostałe 3,28 mln powstaje w przestrzeni wirtualnej w czasie ułamka sekundy i byłbym nad wyraz naiwny sądząc, iż za każdym razem przebiega to bezbłędnie.

 Swego czasu, w opisie technicznym jednego z aparatów ( HP PhotoSmart C 912), wyczytałem, iż jego procesor potrafi wykonać 500mln operacji na sekundę. A był to model wyposażony w matrycę nieco powyżej 2mln. To dopiero daje wyobrażenie o potędze obliczeniowej, drzemiącej np. w c 5050.


 Pomimo ciągłego doskonalenia konstrukcji CCD i CMOS, tej interpolacyjnej wady nie da się przeskoczyć, i producenci inwestując koszmarne pieniądze w rozwój tych technologii, brną w ślepy zaułek.
 Ale jest nadzieja - pierwszy przełom już nastąpił.

 Matryca X3 Foveona - raczkująca nadzieja cyfrowej fotografii.
 Wykorzystano w niej pewną właściwość krzemu, dzięki której światło o różnej barwie jest absorbowane na różnej głębokości od powierzchni. Osadzono, więc w krzemie na różnej głębokości trzy warstwy światłoczule - najwyżej niebieską, pośrodku zieloną i najniżej czerwoną (oczywiście same warstwy są bezbarwne, to odległość od powierzchni warunkuje, jaka barwa światła do nich dociera). Dzięki temu, każdy piksel rejestruje równocześnie trzy barwne składowe, bez potrzeby jakiejkolwiek interpolacji. Po naciśnięci spustu, matryca rejestruje pełnowartościowy obraz, który po przejściu przez proste oprogramowanie, jest zapisywany bez żadnych przekłamań barwnych, czy też utraty ostrości. Testy rozdzielczości wykazały, że matryca ta, w tym względzie, w 50 - 80 procentach, góruje nad podobnymi matrycami typu CCD i CMOS.

Pierwsza seryjnie produkowana matryca X3 miała wymiary ok. 20,7x13,8 mm i rozdzielczość nieco ponad 3,5 mln, lecz nie zapominajmy, że jest to prawdziwa rozdzielczość, gdybyśmy zastosowali tu podejście znane z matryc CCD i CMOS, byłoby to 10,5mln pikseli.
Niestety, początki są trudne, i okazało się, że aparat (Sigma SD9), wyposażony w matrycę X3, co prawda rejestruje znakomite obrazy, ale tylko do określonego poziomu oświetlenia. Przy dłuższych czasach naświetlania i znikomej ilości światła, matryca generowała szumy w torze barwnym. Spowodowane to było tym, że światło, już i tak w małej ilości, było dodatkowo wyhamowane, przechodząc przez poszczególne warstwy matrycy.
Aby temu zaradzić wprowadzono modernizację, wyposażając każdy piksel w mikrosoczewkę, oraz podwyższając czułość i dynamikę, oraz zmniejszając szumy własne. Czy znacząco podniesie to jakość rejestracji przy słabym świetle - testy pokażą.
W każdym razie, mój 5050, aż piszczy za taką matrycą.

 Producenci stosując w różnych modelach, matryce o różnych rozmiarach, doprowadzili do istnego galimatiasu odnośnie rozpoznawania ogniskowych danego obiektywu. Aby ułatwić zadanie użytkownikom, przeliczają to, co prawda, na tradycyjny format 135, ale na samym obiektywie widnieje, zazwyczaj, tylko informacja o faktycznej ogniskowej.
 Dzięki poniższej tabelce, znając rozmiar matrycy w swoim aparacie, możesz określić dla  jego obiektywu, odpowiednik ogniskowej w formacie 135.

 

 

Kiedy mróz szczypie w uszy.
Ano właśnie, i cóż wówczas począć ze swoją cyfrówką, której instrukcja wyraźnie ostrzega - dopuszczalny zakres pracy przy temperaturze od zera stopni wzwyż, czyli w naszych warunkach klimatycznych, praktycznie przez jedną czwartą roku sprzęt staje się bezużyteczny.

Dręczył mnie dylemat - pojadę w góry, będzie z minus dziesięć i mój 5050 zamieni się w bezużyteczną cegłę.
Musiałem to sprawdzić w warunkach lokalnych, i trafiła się mroźna noc (-17 st.) i ośnieżone widowiskowo miasto.

Początkowo aparat nosiłem w naramiennej torbie i co chwila wyciągałem wpinając go w statyw.
Wkrótce jednak się tym zniechęciłem i wpiąłem go na stałe.
Aparat praktycznie cały czas był uruchomiony - wiedząc, że za parę kroków znowu przystanę i spróbuję kadrować, uznałem za zbędne całkowite wyłączanie. W zamian, na ten moment, wyłączałem tylko ekran LCD.
Starałem się uzyskiwać, jak największą głębię ostrości, toteż czas naświetlania często oscylował w granicach 16s. Dodatkowo, włączona funkcja redukcji szumów, wydłużała nieco czas zapisu każdego zdjęcia, ale za to, sprawiła się znakomicie - szumów na tych zdjęciach nie uświadczysz. Aparat pracował w trybie manualnych nastawów, ponieważ tylko w tym trybie można zejść poniżej czasu 4sek.
Już po godzinie spacerowania, warunki stały się dla mnie na tyle ekstremalne, że przestałem bawić się w pomiary na światła i cienie, ustawiałem kadr na stałe i cały czas niedoświetlałem. Im ciemniej było w centrum kadru, tym niedoświetlenie było większe (nawet -3EV), ale zazwyczaj wahało się między -2 a -1EV.

 Wreszcie na coś przydał się wizjer optyczny.
Gdy kadrowałem nieczynną fontannę w parku, było tak ciemno, że ekranik LCD widział tylko ciemność. Musiałem posiłkować się optycznym, w którym i tak widoczne były jedynie zarysy obiektu.
Wykonywałem zdjęcie i dopiero na podglądzie stwierdzałem, czy jest to dobry kadr. Czasem nie był i musiałem dokonywać drobnych korekcji w pozycji statywu i parę razy powtarzać ujęcie. 
Sama czynność mogłaby wyglądać nieco zabawnie, gdyby nie odpadające z zimna palce.

 Po dwóch godzinach, stopniowo opuściły mnie obawy o funkcjonowanie aparatu. Elektronika zachowywała się stabilnie, z mechaniką również żadnych problemów, a miałem obawy, że zgęstniały smar unieruchomi obiektyw. 
Raz tylko zmieniłem akumulatorki, ale zupełnie mnie to nie zdziwiło.

Co do samych akumulatorków, tu mała dygresja - te z rodzaju NI-MH (niklowo - wodorkowe), znacznie lepiej znoszą niskie temperatury, niż akumulatorki LI - ION (litowo - jonowe). Jeśli, więc posiadasz aparat zasilany tym drugim rodzajem, i chcesz go wystawić na niskie temperatury, nie ryzykuj nagłej zapaści energetycznej i profilaktycznie zaopatrz się, w zewnętrzny zasilacz, posiadający i tę dodatkową zaletę, że można go nosić w ciepłej kieszeni.

No, a sam aparat, czy też nosić w ciepłej kieszeni, a może pod kurtką, czy też w torbie na ramieniu ?
Najlepszy sposób, to do czasu zrobienia pierwszego zdjęcia, trzymać go w ciepłym, czyli najlepiej pod kurtką.

Jeśli będąc na dużym mrozie, uwolnisz go spod niej i będziesz, załóżmy, kadrować dwie, trzy minuty, to wkładając go tam z powrotem, czynisz to na własne ryzyko.
Nielogiczne ?
Bynajmniej !
Punkt rosy - pamiętasz, cóż to takiego ?!

Para wodna, zawarta w ciepłym (nawet nie musi być ciepłe, wystarczy spora różnica temperatur) powietrzu, ulega skropleniu w zetknięciu np. z zimniejszą powierzchnią. Jeśli używasz okularów, znasz to zjawisko bardzo dobrze.

Cóż, więc się stanie, jeśli lekko już wymrożony aparat, schowasz z powrotem do ciepłego?
Oczywiście skondensuje się na nim para wodna !
 
Początkowo nie zwrócisz na to uwagi. Ale powtarzając tę operację wielokrotnie sprawiasz, że wilgoć zaczynie wnikać do wnętrza aparatu, a tam przecież piekielnie wrażliwa na to elektronika.

Czy wiesz o tym, że w serwisie, zanim ktokolwiek zacznie grzebać we wnętrzu Twego aparatu, przypina sobie do nogi opaskę uziemniającą, ponieważ mikrowyładowanie elektrostatyczne, którego zaistnienia człowiek nawet nie zauważy, potrafi "zabić" całą elektronikę?
I właśnie do tej hiperwrażliwej na wszelkie zwarcia elektroniki, zaczyna wdzierać się wilgoć, ale nie tylko tam, po którymś z kolei wyciągnięciu aparatu spod kurtki, możesz stwierdzić zaparowane soczewki wewnątrz obiektywu, a to już oznacza koniec sesji zdjęciowej !
 
 Po po powrocie do ciepłego pomieszczenia, również nie wyciągaj natychmiast aparatu z torby ( jedna godzina to ordynarne minimum, najlepiej dwie), chociaż jeśli niedowierzasz temu co piszę, zaeksperymentuj, a wnet dostrzeżesz, jak korpus aparatu wilgotnieje i soczewki mgłą zachodzą.

Jeśli w trakcie fotografowania na mrozie, aparat nagle sfiksuje - nie panikuj. Może być to wina karty pamięci, a tym bardziej, jeśli trafiła Ci się niesamowita okazja cenowa na bazarze.
Łatwo się naciąć zwłaszcza przy Compact Flash. Akurat w tych kartach, zapisem steruje wewnętrzne oprogramowanie, które jeśli jest podłej jakości wraz z cała resztą, wówczas nie masz szans na komfortowe fotografowanie.
Osobiście bezproblemowo używam od roku, jednocześnie dwóch kart : Smart Media 128 i Compact Flash 128 Extreme Memory, obie firmy SanDisc, a więc w miarę renomowanej. Z bólem serca, wyłożyłem na nie całkiem spore, wówczas, pieniądze (zwłaszcza CF kosztujący prawie półtorakrotnie więcej od karty o standartowej prędkości zapisu), ale to chyba to bardziej się kalkuluje, niż co pół roku, a może częściej, kupować tańszego śmiecia, tracąc przy tym pieniądze, zdjęcia a zwłaszcza nerwy.


 
Strona Główna